Sezon 17/18 większość z nas chciałaby wymazać z pamięci. Spadek był bolesny, trudny do zaakceptowania, ale był też jeden piłkarz, którego oglądało się z przyjemnością: Federico Valverde.
Valverde przyjechał do A Coruñi jako anonimowy nastolatek, a wyjechał jako zawodnik, o którym wiedzieliśmy, że prędzej czy później zrobi wielką karierę. Trafił do Deportivo na wypożyczenie z Realu Madryt i od pierwszych występów było widać, że ma w sobie coś więcej. Nie był jeszcze gwiazdą, ale wyróżniał się spokojem, inteligencją i dojrzałością, której trudno było oczekiwać od nastolatka. Gdy wielu zawodników nie potrafiło udźwignąć presji walki o utrzymanie, Valverde regularnie brał odpowiedzialność.
Choć jego pobyt w Deportivo trwał tylko jeden sezon, mogliśmy dostrzec, że oglądamy piłkarza o ogromnym potencjale. Dla wielu fanów był jednym z niewielu powodów do optymizmu w bardzo trudnym okresie dla klubu.
Po powrocie do Madrytu jego kariera nabrała błyskawicznego tempa. Valverde wywalczył miejsce w pierwszym składzie Realu, zdobył trzy mistrzostwa Hiszpanii i dwa razy triumfował w Lidze Mistrzów, stając się jednym z najlepszych pomocników świata.
Dziś 27-letni pomocnik jest kapitanem reprezentacji Urugwaju. Zespół Marcelo Bielsy opiera swoją grę właśnie na nim, a wielu uważa Valverde za najważniejszą postać urugwajskiej drużyny przed turniejem w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Meksyku. Urugwajczycy liczą, że po latach znów będą w stanie namieszać na mundialu, a Valverde ma poprowadzić ich do sukcesu.
Wielu z nas z dumą wspomina, że zanim stał się gwiazdą światowego formatu, przez jeden sezon grał na Riazor w biało-niebieskich barwach.